lekarz

Chylę czoła przed próbą rzetelnego przedstawienia sytuacji/problemów polskich lekarzy rezydentów. Jednakże kilka nieścisłości/niedopowiedzień/nieprawdziwych informacji powodu, że odczuwam wewnętrzny imperatyw dodania kilku zdań komentarza. Postaram się krótko, w punktach, kolejność nie jest istotna:

Rezydencja dla lekarza to stan przejściowy.
Po uzyskaniu specjalności, jak mówią Amerykanie; „sky is the limit”.
Z czasem prywatna praktyka i na start setka za 15-sto minutową wizytę to raczej reguła niż wyjątek a Kasy fiskalnej się raczej nie używa.
Dla pacjenta po pięćdziesiątce to stan terminalny, lepiej ani taniej nie będzie.
– Porozumienie Rezydentów jest częścią Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy (PR OZZL – tak brzmi pełna nazwa). OZZL pozostaje więc tą organizacją, która działa (w ogóle) i najaktywniej na rzecz poprawy warunków pracy lekarzy rezydentów. Taki błąd, w mojej ocenie, powoduje że rzetelność przedstawienia opinii innych stawiam pod znakiem zapytania.
– sprawa kursów np usg:
Lekarz ma obowiązek leczyć zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej. Z tej aktualności nie zwalnia ani jakikolwiek plan specjalizacji, ani spis procedur, ani sposób finansownia konferncji/kursu w czasie których aktualną wiedzą się zdobędzie. W/w wywiady były skierowano do ogółu społeczeństwa, a długość wywiadu i ilość informacji jest po prostu ograniczona. Natomiast ilość funkcjonujących w społeczeństwie mitów dotyczących pracy rezydenta jest duża, bardzo duża. Tyczy się m.in. wyobrażenia, że za cały proces kształcenia lekarza(/rezydenta) płaci Państwo = podatnicy (ewentualnie firmy farmaceutyczne). Podkreślę – cały proces: książki, stetoskopy, kursy, konferencje itp.
To nie jest kwestia „chcenia” i lekarskiego „widzimisię”. Rozumie to tylko ten, kto w zawodzie pracuje. Jednak czasem warto podjąć trud przekazania intencji, kryjącej się za takimi wyborami, ogółowi społeczeństwa.
Dodatkowe kursy postrzega Pan w kategorii przyszłych źródłem dodatkowych dochodów LEKARZY. Tymczasem dodatkowe kursy pozwolą na lepsze wykorzystanie czasu pracy rezydentury (5-6 lat!) kiedy to lekarz rezydent bada, leczy, diagnozuje polskiego PACJENTA w państwowym szpitalu. Lekarze chcą robić kursy wykraczające poza plan specjalizacji, płacąc za nie z własnych pieniędzy, ponieważ wykonując na co dzień swoją pracę, widzą że brakuje im takich a takich umiejętności by leczyć lepiej. Uzasadniają m.in. w ten sposób konieczność podwyżki, a Pan insynuuje jakoby chcieli, by Państwo płaciło im za wszystko. Ja, oraz inni koledzy lekarze, chcemy wydawać własne, zarobione za ciężką pracę pieniądze by móc wykonywać pracę w sposób bezpieczny zarówno dla lekarza jak i pacjenta. Wiedza, oraz umiejętności jak ratować życie i zdrowie pacjenta kosztuje.
I tutaj w Pańskiej wypowiedzi pojawia się pewna niekonsekwencja. Nie daje Pan przyzwolenia na podwyżkę płac w celu opłacania dodatkowych kursów, które zwiększą umiejętności w procesie leczenia, a z drugiej strony przywołuje Pan opinie gdy lekarz za darmo nie chciał zostać na zabiegu po godzinach swojej pracy (lub w godzinach gdy w innym miejscu wykonuje pracę dodatkową).
Pisze Pan o pokoleniu Y, PRZYPISUJE Pan NIECHĘĆ do inwestowaniu czasu i pieniędzy. Ja, oraz Koleżanki i Koledzy rezydenci, chętnie zainwestujemy obydwie rzeczy we własną pracę a tym samym jakość leczenia polskiego pacjenta. Nasz problem polega na tym, że przy płacy 14zł/h albo zabraknie nam czasu (jeżeli będę pracować po więcej niż 300h/miesiącu by utrzymać siebie i 4-osobową rodzinę i kształcić się na poziomie takim, by aktualną wiedzę posiadać ) albo pieniędzy (jeżeli będę pracować tylko na jeden rezydencki etat i mieć do opłacenia rodzinne rachunki jak każdy inny obywatel, ale mieć duże koszty pracy). I pisząc o 300h/miesiąc mam na myśli opłacenie wynajętego mieszkania, jednych wakacji rocznie w kraju, a nie mitycznych Kanarów kilka razy w roku i auta wysokiej klasy. Wykonując zawód związany z ratowaniem zdrowia i życia ludzkiego, chcielibyśmy być SKUPIENI na pacjencie, a nie na tym czym zapłacę opiekunce (przecież nie powołaniem?), czy wystarczy nam do 1-ego lub na kurs który pozwoli mi lepiej leczyć i wreszcie, by nie myśleć o tym czy współmałżonek nas zostawi za tylko bywanie w domu.

Są lepsi i są gorsi. Większość chce się szkolić (niekoniecznie z tego, co jest w programie specjalizacji, bo programy niekoniecznie mają jakiś związek z rzeczywistością), niektórzy oczywiście nie chcą nic. No i są jeszcze rzesze tych, którzy na rezudenturę się nie załapali. Po części wydają z kraju, po częsci znajdą sobie jakąś pracę, po części będą robić specjalizację za darmo. Ta grupa to jeszcze większy problem.
Aha, w 15 min to można porządnie zająć się pacjentem, który przychodzi po przedłużenie leków. Porządne badanie trwa dłużej, nie kiedy i 2 godziny.

Przypisuje Pan nam taką a nie inną mentalność, ale nie wspomina o tym, że lekarze żyją 10 lat krócej niż reszta społeczeństwa, że współczynnik wypalenia zawodowego jest u nas najwyższy, podobnie jak liczba samobójstw czy rozwodów. Przy najniższej liczbie lekarzy /1000 mieszkańców w Europie niepowstrzymywanie w/w trendów jest po prostu społecznie niebezpieczne. Nasze pokolenie zna powyższe statystyki, i nie chce rezygnować z marzeń o wykonywaniu zawodu (lub wykonywania zawodu w kraju), tylko zaczęło dokładać wszelkich starań by zastaną, brutalną zarówno dla lekarza jak i dla pacjenta, rzeczywistość zmienić.
Rozumiem , że artykuł również musi mieć swój koniec, i że nie da się powiedzieć wszystkiego. Mam nadzieję, że mój komentarz będzie dobrym uzupełnieniem/doprecyzowaniem obrazu polskiej rzeczywistości.